Absolwenci : Who is Who
<< wróć
Krokowicz Teresa z domu Szymańska - architekt
matura 1974
| |
| notka biograficzna |
| |
| zdjęcia |
| |
| artykuły, wspomnienia, inne materiały |
Od czterech pokoleń w "Marcinku"
Czym jest w Poznaniu "Marcinek", który obchodzi właśnie 85-lecie? W 1989 r. w Arenie "Solidarność" na przedwyborczym wiecu przedstawiała swoich kandydatów do parlamentu. Kiedy po kilku absolwentach "Marcinka", m.in. prof. Ryszardzie Ganowiczu, zabrał głos Michał Wojtczak, uznał za stosowne przeprosić zgromadzonych: "Niestety, kończyłem inne liceum" - o szkole opowiada Daina Kolbuszewska.
Nawet kiedy odwiedzamy katedrę poznańską, powinniśmy pomyśleć o "Marcinku". Dlaczego? Bo została odbudowana po II wojnie m.in. z imitacji średniowiecznych cegieł produkowanych w cegielni dr. Zygmunta Szymańskiego, jednego z założycieli szkoły w 1919 r. Jedynej, która mogła podołać tak specjalistycznemu zamówieniu.
Ekipa z "Marcinka"
- Jesteśmy ekipą z "Marcinka" - śmieje się Teresa Krokowicz, architekt, wnuczka Szymańskiego, który zanim zaczął produkować cegły, uczył w szkole w latach 1919-1922. Do ekipy należą: ojciec pani Teresy, mąż, jego dwaj bracia, żona jednego z nich i jej siostra oraz wszystkie dzieci Krokowiczów i ich zięć. - Ja też. Miałam być chłopakiem, więc ojciec cieszył się, że poszłam do "Marcinka", a nie do "Zamojskiej" - mówi Teresa Krokowicz.
W sierpniu 1919 r. dziadek Zygmunt przyjechał z rodziną i całym dobytkiem do Poznania, by włączyć się do pracy w niepodległej Polsce. - Organizował Gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego, został nauczycielem języków obcych. 1 września do nowo powstałej szkoły zaczął chodzić jego syn, a mój ojciec Kazimierz Ludwik - opowiada pani Teresa.
Gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego rozpoczęło swoją działalność w budynkach wybudowanych w latach 1901-1903 specjalnie dla "Koenigliches Auguste-Victoria-Gymnasium" funkcjonującego do Powstania Wielkopolskiego.
W 1922 r. dziadek Zygmunt z powodów rodzinnych zrezygnował z pracy w szkole, kupił cegielnię i podpoznański majątek w Rudniczu. O młodzieży nie zapomniał - ufundował trzy stypendia polskim studentom na Politechnice Gdańskiej. Jednym ze stypendystów był inż. Zbigniew Zieliński. To według jego projektów odbudowano po wojnie Stary Rynek.
Kiedy uczniowie bali się profesorów
Ojciec zdał maturę w 1926 r. z przyjacielem Tadeuszem Brezą, autorem "Spiżowej bramy". - Byłam mała, kiedy opowiadał o tamtych latach. Pamiętam jedynie, że kiedyś bili się z chłopcami na śnieżki i poszła szyba. Ojciec przyznał się, że to on - wspomina pani Teresa. - Z domu i "Marcinka" wyniósł prawość.
W tym samym niemal czasie, w 1928 r., zdał maturę w "Marcinku" Jerzy Waldorff, nieżyjący już krytyk muzyczny, który wspominał: "Cóż to były za czasy... Istniał wtedy ścisły sojusz między rodzicami i szkołą, mający na celu przyswojenie dziecku dyscypliny, to znaczy: żeby bez słowa skargi zrywało się wbrew naturze skoro świt i półprzytomne z senności i ze strachu pędziło do budy, gdzie czekali wszechwładni pedagodzy, myślący o tym jeno, aby dobrać najskuteczniejsze sposoby znęcania się nad uczniami. (...) To nie profesorowie bali się uczniów, ale uczniowie profesorów" (z książki "Tego się nie dowiecie w szkole").
Do 1939 r. "Marcinek" wykształcił 1266 chłopców. W Poznaniu pod względem poziomu mogło konkurować z nim jedynie Gimnazjum św. Marii Magdaleny.
"Marcinek" dynastyczny
Wojenna przerwa trwała w "Marcinku" sześć lat. W 1945 r. szkołę zamieniono w szpital wojskowy Armii Czerwonej. Uczniowie powrócili do niej w grudniu 1945 r., od początku lat 50. stała się czteroletnim Liceum nr 1. W tym czasie upaństwowiona cegielnia w Rudniczu zaczęła produkować "średniowieczne" cegły na odbudowę katedry.
Kolejne pokolenie Szymańskich - Teresa, córka Kazimierza - rozpoczęło naukę w szkole dopiero w 1970 r. - Już na studiach poznałam Krzysztofa Krokowicza, mojego męża. Skończył "Marcinka", ale sześć lat przede mną - opowiada pani Teresa.
Krzysztof był pierwszym z Krokowiczów w "Marcinku". Rok po nim zaczął chodzić do szkoły jego brat Piotr, osiem lat później - Władek. I to dopiero w nim nauczyciele rozpoznawali ród. - O Władku zawsze mówili, że "z Krokowiczów"! - śmieje się Piotr, obecnie chirurg w szpitalu przy ul. Przybyszewskiego.
Krokowiczowie to nie jedyna "dynastia" w Marcinku - szkołę ukończyło m.in. czterech Strzyżowskich (sami lekarze) i czterech Drewsów. - Tak się złożyło, że moim szefem na oddziale chirurgii jest teraz Michał Drews - dodaje Piotr.
To była dobra, męska szkoła...
Choć lata 60. były to szare, gomółkowskie czasy, "większość nauczycieli miała klasę, baliśmy się ich" - przyznaje pan Krzysztof. - Starsi uczyli nas prawdziwej historii, patriotyzmu. W przełomowych momentach potrafili zachować godność - opowiada. W marcu 1968 r. uczniowie w czasie dużej przerwy biegli na pl. Mickiewicza pokrzyczeć "gestapo!" i biegiem wracali do szkoły, oczywiście spóźniając się na lekcję. Kiedy SB przyszło do szkoły przeglądać dzienniki, nikt z nas nie miał wpisanych spóźnień.
Jacy byli? Krokowicz przedstawia:
Mały Kaju (Bogdan Nowak), matematyk: - Taki mały, że na początku lekcji musiał wejść na ławkę, a potem tupać i gwizdać, żebyśmy go zauważyli.
Słoń (Lech Słowiński), polonista: - Elegancki, zawsze nosił kapelusz. Ustawialiśmy się w rzędzie na korytarzu i po kolei mówiliśmy mu "dzień dobry". A on każdemu odkłaniał się zdejmując kapelusz. W końcu załapał, że z niego kpimy...
Hieronim Bąk, łacinnik, lektor niemieckiego: - Pamiętam początek lekcji z nim: cała klasa wyprężona na baczność i tylko słychać nasze głośne: bzz bzzzz bzzzzz bzzz... Tępił palaczy.
Paździor (Zygmunt Jakubowski, pseudonim dostał po słynnym wówczas bokserze), matematyk: - Pytał w ostatni dzień szkoły, oceny wstawiał do dziennika... 2 września. Pseudonim tak do niego przylgnął, że potem rodzice rozpytywali w szkole o prof. Paździora.
W 1967 r. do liceum przyszły pierwsze dziewczyny, mimo sprzeciwu sporej części nauczycieli. - Jak na rozpoczęciu roku weszły do auli, tośmy tak tupali i gwizdali, że myślałem, że się aula zarwie - opowiada Krokowicz. Jego brat Piotr z ostatniego męskiego rocznika wyjaśnia: - Bardzo to przeżywaliśmy. Do "Marcinka" szło się dla wspaniałych męskich przyjaźni, które przetrwały do dziś.
Ring wolny!
"Tradycję szkoły tworzą zarówno nauczyciele i uczniowie" - czytamy w jubileuszowych wydawnictwach.
- Najsłynniejsi w moich czasach? - zastanawia się pan Krzysztof.
Na pewno Jerzy Fechner, znakomity baryton, wielokrotnie repetował: - Straszny rozrabiaka, zagorzały palacz. Królował w Hadesie - podziemnym przejściu między szkołą a ubikacjami, które znajdowały się wtedy jeszcze poza szkołą.
Jasiu Graczyk, najsilniejszy wśród maturzystów '68: - Kontraktowaliśmy go z najsilniejszym kolegą z drugiej niemieckiej klasy. Na przerwie rozsuwaliśmy ławki i robiliśmy ring. Potem w czasie lekcji cuciliśmy Jasia i na następnej przerwie była dogrywka.
Na szczęście jest wnuk
Teresa Krokowicz zrobiła maturę w 1974 r. - Było nijak, ale takie to były czasy - komentuje. Po odejściu Ludwika Grai, który był dyrektorem najdłużej w historii - w latach 1959-1972 - szkoła zaczęła przeżywać kryzys. Przychodzili dyrektorzy z nadania, wykruszała się reszta przedwojennej kadry.
Dawny poziom liceum zaczęło odzyskiwać w 1991 r. W rankingu liceów "Gazety" nigdy nie spadło poniżej drugiego miejsca, a częściej bywało pierwsze.
Czwarte pokolenie rodziny w "Marcinku" zapoczątkował starszy syn państwa Krokowiczów, Tomek. Zdał maturę w 1999 r. Młodszy Antoni jest teraz w I klasie.
- W szkole jest świetna atmosfera, szlaki są przetarte - moi koledzy to często dzieci "marcinkowców", kolegów rodziców - mówi Antoni. Piotr Krokowicz (stryj Antoniego): - Kiedy chodziłem na wywiadówki swoich dzieci, to tak jakbym znów znalazł się w szkole. Prawie wszystkich znałem!
"Marcinkowcy" trzymają się zresztą razem. Od 1989 r. działa w szkole Stowarzyszenie Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. Karola Marcinkowskiego. Funduje stypendia dla najuboższych uczniów, organizuje kolejne jubileusze, stara się o postawienie posągu Karola Marcinkowskiego przed głównym wejściem do szkoły. Prezesuje mu Gerard Sowiński (ps. Barnaba), nauczyciel polskiego. - Siła tej szkoły to tradycja i poczucie wspólnoty - mówi i dodaje: Niech pani napisze jak najwięcej o stowarzyszeniu.
Siłę tych tradycji najlepiej podsumował we wspomnieniach nieżyjący już satyryk Janusz Przybysz, matura 1946: "Poszła do niej [szkoły] moja córka, do biblioteki na parę lat moja żona. Niestety, nie byli w tej szkole mój ojciec i dziadek. Na szczęście mam wnuka".
Daina Kolbuszewska (17-05-2004 13:13)
|
|
Źródło: Artykuł archiwalny; Poznań
|
|