Już w latach szkolnych, gdy mieszkał w Poznaniu na ul. Asnyka, wzbudzał sensację wśród sąsiadów, gdy wyprowadzał na spacer... mangustę. Z balkonu widział wybieg żyraf w starym Zoo, a przez teren zwierzyńca chodził na skróty do i z liceum - "Marcinka". A dziś z Ogrodem Zoologicznym związał swoje życie. Radosław Ratajszczak (dla przyjaciół Sławek), dyrektor ds. hodowlanych poznańskiego Zoo, które obchodzi w tym roku swoje 130-lecie, to kopalnia wiedzy o zwierzętach. - Sprawiał na mnie wrażenie "naukowca": okulary, broda, koszula w kratę - mówi Remigiusz Koziński, szef działu promocji "Gazety", który przed kilku laty pracował w Zoo jako pielęgniarz. A ktoś na stronie internetowej poświęconej egzotycznym podróżom napisał o nim: "znawca wszelkiego rodzaju ťfuter, skrzydeł, płetw i łap Ť, człowiek, który w dżungli znajdzie każde zwierzę, obok którego wszyscy inni przechodzą, narzekając, że tu nic nie ma".
- Miłość do przyrody to on ma w genach - mówi mama pana Radosława Genowefa. - Interesował się zwierzętami od maleńkości - wtrąca tata Kazimierz, leśniczy z wykształcenia. Oboje rodzice są Wielkopolanami: ojciec ze Śremu, a mama z Kościana, ale syn urodził się w 1957 r. w Myśliborzu, bo tam pan Kazimierz pracował jako leśniczy przez pewien czas. Po przeprowadzce do Poznania mama często zabierała małego Sławka i jego o trzy lata starszą siostrę do... Zoo. Syn rósł, a w mieszkaniu Ratajszczaków zaczęły pojawiać się różne zwierzęta: a to żaba, żółw, wąż albo chomiki, czy lemingi. Manguście o imieniu Mania zakładał obróżkę i wychodził z nią na spacery, wzbudzając sensację wśród sąsiadów. W starym Zoo bywał codziennie - do dziś ma notatniki, w których zapisywał, co w zwierzyńcu się wydarzyło. Jego pierwszą lekturą były opasłe tomiska "Życia zwierząt" Brehma, pisane po niemiecku, gotykiem... - Angielskiego też uczyłem się z książek - mówi, choć zdolności językowe tak naprawdę zaszczepiła mama, która jest germanistką. Dziś dyrektor świetnie mówi po angielsku, nieźle po niemiecku, rosyjsku, zna podstawy wietnamskiego i tagalskiego (język na Filipinach). Skończył studia biologiczne na UAM i od 1981 r. przeszedł przez wszystkie szczeble kariery w Zoo: od pielęgniarza po zastępcę dyrektora ds. hodowlano-dydaktycznych.
Gdy miał 16 lat pierwszy raz, ze znajomym ojca, wyjechał na Zachód. Zwiedził wtedy 25 ogrodów zoologicznych (do tej pory zobaczył już ich 315). - Gdy wygrał w losowaniu książeczek PKO "malucha", o kolorze niezapominajkowym, zaczął podróżować do Bułgarii - opowiada mama Genowefa. - Przez kilka lat z rzędu jeździliśmy tam, łapiąc gady, owady i przywożąc je do Polski - dodaje pan Radosław. Przełomem stał się wyjazd na przełomie 1986/87 r. do Jersey Wlidlife Preservation Trust, o który starał się trzy lata. Jako pierwszy "demolud" dostał stypendium na kurs hodowli gatunków zagrożonych. - Byłem tam uważany za najbardziej egzotycznego gościa, wszyscy mnie oglądali i pytali, czy jestem komunistą? Musiałem się grubo tłumaczyć - śmieje się Ratajszczak. Jeszcze w 1987 r. pojechał do Wietnamu, do parku Cuc Phuong. Bywał tam jeszcze kilka razy, po raz pierwszy jako biały człowiek zobaczył, opisał i sfotografował kilka rzadkich gatunków małp. Podkreśla, że nie boi się żadnej dżungli, tylko raz musiał zejść z drogi zwierzakowi - gdy spotkał się z kobrą królewską. - Miała głowę na poziomie moich oczu - opowiada pan Radosław. Tak naprawdę problemem w czasie wypraw staje się... żołądek. - Dotarliśmy kiedyś z kolegą po trzech dniach wędrówki do wioski położonej na granicy z Laosem. Mieszkaliśmy w pokoiku, gdzie był tylko otwór drzwiowy, a z tyłu otwór okienny. Przed nim do późnej nocy siedziała kupa dzieciaków. Toalet nie było, a tu pojawiła się biegunka. Co robić? Jeden z nas szedł na wioskę, na spacerek, zanim gnały dzieci, a drugi wyskakiwał w tym czasie oknem i biegł gdzieś w ryżowisko - śmieje się pan Radosław.
- Na początku było ciężko. Zostawałam sama z małym dzieckiem - wspomina podróże męża Iwona Ratajszczak. Oboje poznali się na studiach biologicznych, małżeństwem są już 23 lata. Córka - Marta, poszła w ślady rodziców i studiuje biologię. Czwartym członkiem rodziny jest suczka Misia.
Dyrektor chętnie żonie pomaga. - Zmywa, prasuje, a gotuje lepiej niż ja - śmieje się pani Iwona. Jego specjalnością są dania mięsne i orientalne, te ostatnie zwykle robi dla gości. A przyjaciół Ratajszczakowie mają mnóstwo, dyrektor jest bowiem duszą towarzystwa. - Ma poczucie humoru, zawsze świeże dowcipy, a do tego cięty język - podkreślają przyjaciele. A wady? - Jest cholerykiem - zdradza żona. I dodaje, że mąż ma kłopoty ze sprzątaniem. - Do dziś mamy na balkonie choinkę ze świąt. Jeszcze jej nie wyniósł - donosi uprzejmie.
Ale dyrektor ma też zalety. - Stara się być punktualny, czasem leci nawet samolotem, by być na czas - opowiada mama. - Gdy był w liceum, co roku wyjeżdżał do Bułgarii. Pewnego razu początek września, a go nie ma! Wysyłam więc telegram, żeby wracał. Na drugi dzień zjawia się w domu, rozczochrany, z brudnymi skarpetkami, z workiem gadów na ramieniu i od progu woła: "Co się stało mamo, wysyłałaś telegram?!" A ja mu mówię: "Nic synu. Szkoła się zaczęła".
Joanna Bosakowska (26-03-2004 15:32)
|