Absolwenci : Who is Who
<< wróć
Stuligrosz Stefan - dyrygent, chórmistrz, twórca chóru "Poznańskie Słowiki"
matura 1946
| |
| notka biograficzna |
Stefan Stuligrosz (ur. 26 sierpnia 1920 w Poznaniu), polski dyrygent chórów, twórca Chóru Chłopięco-Męskiego "Poznańskie Słowiki", kompozytor.
W latach 1931-1937 był uczniem Gimnazjum św. Marii Magdaleny w Poznaniu (maturę zdał po wojnie w Gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu), od 1937 aż do wybuchu II wojny światowej uczył się kupiectwa w Domu Handlowym Woźniaka. W okresie okupacji prowadził zajęcia konspiracyjnego chóru, występującego w poznańskich kościołach i prowadzonego wcześniej przez ks. Wacława Gieburowskiego. W 1945 oficjalnie założył Chór Chłopięco-Męski im. Wacława Gieburowskiego ("Poznańskie Słowiki") i został jego kierownikiem artystycznym i dyrygentem; od 1950 chór działa przy Filharmonii Poznańskiej.
Stuligrosz ukończył studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Poznańskiego (1950, Sekcja Muzykologii) oraz na Wydziale Wokalnym i Wydziale Kompozycji, Teorii i Dyrygentury Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej (późniejszej Akademii Muzycznej) w Poznaniu (1953). Z tą uczelnią przez wiele lat współpracował jako pedagog (od 1973 profesor), wykładowca dyrygentury chóralnej, kierownik Katedry Chóralistyki, dziekan Wydziału Wokalnego, prorektor i rektor (1967-1981). Był także kierownikiem Redakcji Muzycznej Rozgłośni Polskiego Radia w Poznaniu.
Wieloletnia praca z "Poznańskimi Słowikami" przyniosła mu sławę światową i liczne nagrody. Chór pod dyrekcją Stuliogrosza koncertował w wielu krajach Europy, w USA, Kanadzie, Japonii. W 1992 chór wystąpił w Koncercie Galowym w Dniu Narodowym Polski na Wystawie Światowej EXPO w Sewilli. Stuligrosz został m.in. laureatem dwóch Nagród Państwowych I stopnia (1976, 1984), Nagrody miasta Poznania (1954) i wielu innych wyróżnień, a także odznaczono go Krzyżem Komandorskim, Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Zagranica uhonorowała Stefana Stuligrosza m.in. symbolicznymi kluczami do Nowego Jorku, Filadelfii, Cleveland i Chicago.
Obok działalności dyrygenckiej Stuligrosz jest także kompozytorem, twórcą utworów głównie na potzreby chóralne. Ma w dorobku liczne nagrania płytowe.
W swojej tece posiada takie utwory jak:
O matko miłościwa
Modlitwa eucharystyczna do słów Jana Pawła II
Missa Brevis
Cantate Domino
Matko niebieskiego Pana
NIE LĘKAJ SIĘ
Singen wir mit Fróhlichkeit
Jauchzet ihr Himmel
Maria durch ein'n Dornwald ging
Alleluja, Zdrowaś Maryjo
Msza Niedzielna
Missa in honorem Sanctae Faustine
Gorzkie Żale
Jest wujem posła Michała Stuligrosza
|
|
Źródło: Wikipedia
|
| zdjęcia |
| |
| artykuły, wspomnienia, inne materiały |
Pan Stuligrosz i jego historia
Rok 1958, Mińsk radziecki. Po koncercie podchodzi do mnie pewien człowiek i po polsku, płacząc, nieśmiało mówi: - Ja dawniej byłem księdzem, a teraz jestem robotnikiem w kołchozie. Żeby was posłuchać, przejechałem na rowerze 80 km! Opowieść Stefana Stuligrosza, twórcy chóru Poznańskie Słowiki, kierującego nim od 60 lat
Jolanta Brózda, Dariusz Jaworski: Panie Profesorze, miał Pan problemy z Gomółką?
Stefan Stuligrosz: - Zależy z którym: tym pisanym przez "ó" zamknięte czy "u" otwarte?
Tak naprawdę, to pytamy o obu.
- Miałem (śmiech). W 1951 r. mój chór pojechał do Warszawy na Festiwal Muzyki Polskiej. Musieliśmy przygotować repertuar składający się z utworów dawnych polskich mistrzów i kompozytorów współczesnych. Zabroniono nam tylko wykonywania psalmów Mikołaja Gomółki.
Dlaczego?
- Żeby nie wypowiadać nazwiska, które mogło się kojarzyć z Władysławem Gomułką - wówczas przebywającym w tzw. odosobnieniu. Szkodził nam więc ten przez "u" otwarte: najpierw bezwiednie (a potem, kiedy już był u władzy - świadomie) - poprzez ubeckie służby, które ciągle chór inwigilowały. Ale w końcu, jak na tamte, stalinowskie czasy, to nic dziwnego, bo przecież jeszcze w 1950 r. Słowiki nazywały się Chórem Chłopięcym i Męskim im. ks. dr. Wacława Gieburowskiego.
Przez cały PRL miał Pan opinię klerykała.
- Od zawsze byłem silnie związany z Kościołem katolickim, choć nigdy nie byłem bigotem. A w sidła muzyki chóralnej wpadłem poprzez cieszący się sławą już przed wojną Poznański Chór Katedralny, którego twórcą był właśnie ks. Gieburowski.
W 1942 r. ks. Gieburowski naznaczył Pana na swego następcę i po wojnie reaktywował Pan jego chór. Rozpoczął Pan też studia na poznańskiej PWSM (śpiew solowy i organy), a żył z niewielkiego państwowego stypendium i posady organisty w jednym z poznańskich kościołów. Jeśli pominąć codzienne bytowe kłopoty pierwszych powojennych lat, wszystko szło dobrze. Aż do 1949 r.
- Tak, byliśmy coraz lepsi, a ludzie - na wzór przedwojennego chóru ks. Gieburowskiego - zaczęli nas nazywać "Poznańskimi Słowikami". I właśnie w końcu 1949 r. władze Polski Ludowej zażądały od episkopatu, żeby ten zarejestrował wszystkie stowarzyszenia związane z Kościołem. Chciały zdobyć informacje o tych stowarzyszeniach, potrzebne im do rozprawy z nim. W tej sytuacji prymas Wyszyński wraz z episkopatem mógł podjąć tylko jedną decyzję: natychmiast zawiesić działalność wszystkich kościelnych stowarzyszeń i organizacji. Straciły więc one prawne podstawy swego istnienia. Prowadzony przeze mnie chór był właśnie takim stowarzyszeniem.
Nie przestaliście jednak śpiewać?
- Nie, ale próby zawiesiliśmy i śpiewaliśmy tylko na nabożeństwach i uroczystościach kościelnych. Groziło to jednak poważnymi konsekwencjami.
Ale Pański chór cenili również miłośnicy nowej władzy. Czy starali się Panu pomóc, coś doradzić?
- Proponowali, żebym wstąpił do partii albo do ZMP i poprosił państwo ludowe o opiekę nad chórem. Ale nie wstąpiłem, bo złamałbym swoje przekonania - katolickie, antykomunistyczne.
Gdy odrzuciłem propozycję Ministerstwa Kultury i Sztuki, żeby przekształcić zespół w Chór Związku Kompozytorów Polskich, co m.in. zmusiłoby nas do wykonywania kantat o Stalinie, poszedłem na Ostrów Tumski do abp. Walentego Dymka. Poprosiłem go, aby zarejestrował nas jako chór katedralny. Grzecznie odmówił, tłumacząc, że nie może łamać postanowień episkopatu. Miał zresztą rację.
Z arcybiskupiego pałacu wychodziłem pełen najgorszych obaw i wtedy przyszedł mi do głowy pomysł, żeby chór stał się częścią Filharmonii Poznańskiej. Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie: dyrekcja Filharmonii zgodziła się nas przyjąć pod swoje skrzydła, a pomysł zaakceptował też abp Dymek. Komitet Wojewódzki PZPR sprawę przyklepał, choć komuniści nie zgodzili się, żeby naszym patronem pozostał ks. Gieburowski. Z Filharmonią jesteśmy związani do dzisiaj.
I od chwili wcielenia do Filharmonii chór został włączony w budowanie kultury socrealistycznej.
- Stał się elementem życia publicznego - niestety, socjalistycznego - i musiał w nim uczestniczyć, więc uczestniczył, żeby istnieć.
W 1951 r. pojechaliście więc na Festiwal Muzyki Polskiej, ale bez psalmów Gomółki.
- Ale zaśpiewaliśmy inne pieśni sakralne, których wykonanie bardzo się spodobało. Zresztą ja zawsze wyżej ceniłem muzykę sakralną, która ma w sobie niepodważalną głębię.
Pamiętam, jak po koncercie przebieramy się, a tu z całą świtą idzie minister kultury Włodzimierz Sokorski. Organizatorzy proszą, żeby zebrać chór. Niektórzy chłopcy byli jeszcze w podkoszulkach i slipach.
Sokorski mówi: "W imieniu narodu polskiego dziękuję wam, towarzyszu Stuligrosz, za to, że pielęgnujecie tradycje muzyki polskiej. Przez to udowadniamy, że jesteśmy narodem, który się może równać z innymi". Widać, że trochę się znał - może ktoś go przygotował. I dalej: "A te pieśni nowoczesne zostawcie rozmaitym >>Dzwonom<< i >>Lutniom<<". Zbaraniałem, bo w miesiącach poprzedzających festiwal partyjni działacze kultury zarzucali mi - wspomniane przez państwa - "klerykalne ciągoty" w muzyce. Po chwili jednak wypaliłem: "Panie ministrze, przepraszam, ośmielam się przypomnieć, że muzyka dawna jest w przeważającej mierze sakralna". A Sokorski na to: "Czy to komu przeszkadza?". "Nie przeszkadza, towarzyszu ministrze" - odpowiedziała świta.
Potem na tę sytuację i polecenie ministra powoływałem się w rozmowach z poznańskimi politrukami z KW.
Zręcznie Pan to rozegrał czy mówiąc inaczej: "wkręcił" ich Pan. Ale może to niepostrzeżenie oni Pana "wkręcali"? W końcu chór często śpiewał na akademiach z okazji 1 Maja czy Wielkiego Października, a w sierpniu 1951 r. pojechał na III Światowy Festiwal Studentów i Młodzieży w Berlinie. Małymi kroczkami, drobnymi ustępstwami, pochwałami i nagrodami pracowano nad "klerykalnym dyrygentem".
- O przepraszam. Na rocznicę rewolucji październikowej śpiewało się "Wiecziernyj zwon", "Kalinkę" albo "Świt chłodem nas wita i rosą" - to pieśń Szostakowicza. Nie było żadnych komunistycznych utworów!
Do Berlina musieliśmy pojechać, bo obok m.in. Mazowsza wyznaczyło nas do reprezentowania kraju Ministerstwo Kultury. Zresztą, był to nasz pierwszy powojenny wyjazd za granicę i jakaś nobilitacja - traktowano nas bowiem jak "wizytówkę polskiej muzyki". Berlin poprzedziło miesięczne zgrupowanie w Warszawie, gdzie oprócz intensywnych prób śpiewu "wzmacniano" chór ideologicznie: były więc pogadanki o socjalizmie, bratnim ZSRR, Stalinie i Bierucie.
Podzielono nas na grupy i każda miała swego zetempowskiego opiekuna - podobnie zresztą pilnowano nas w Berlinie. A żebyśmy się dobrze prezentowali, po raz pierwszy uszyto dla nas stroje. Dorośli śpiewacy dostali szare spodnie, granatową marynarkę i po trzy koszule z gołąbkiem pokoju.
W 1954 r. wystąpiliście z kolei na II zjeździe PZPR.
- Wykonaliśmy tam świeckie pieśni mistrzów polskiego odrodzenia, a po występie gratulował nam Bierut...
Wiem, co państwo sugerujecie: że mogłem nie zgodzić się na udział chóru w akademii albo nie pojechać na zjazd. Tylko że byłby to początek końca chóru, a już z pewnością mój własny. Proszę mi wierzyć: ja naprawdę ciągle się zastanawiałem, gdzie są granice kompromisu i czy już ich nie przekroczyłem, czy nie staję się konformistą.
I stał się Pan?
- Nie. Po prostu umiałem sobie radzić, tak jak radziłem sobie z tzw. opiekunami z UB, których dostawałem na każdy wyjazd. Przedtem spotykałem się z nimi i mówiłem: "Proszę panów, ja z dorosłą częścią chóru jestem po imieniu. Jedziemy tam, gdzie jest Polonia. Jak będą słyszeli, że z panami jestem na >>pan<<, to pomyślą, że jesteście z UB. Proponuję więc bruderszaft, żeby uniknąć przykrości". To zawsze chwytało, bo jeśli Stuligroszowi można było zrobić jakieś świństwo, to Stefanowi już nie wypadało.
Zajrzał Pan do swojej teczki w IPN?
- Nie.
Dlaczego?
- Bo nie jestem ciekaw tego, co tam znajdę. Miałem nosa do kapusiów i wiedziałem, kto i co na mnie donosił.
O czym donosili?
- Przed 1956 r. wytykano mi, że chłopcy modlą się przed posiłkami, mają święte obrazki i krzyżyki w pokojach, chodzą na msze do kościoła, a jak chcą komuś dokuczyć, to nazywają go "bolszewikiem". Potem już trochę łagodniej obchodzono się z moim "klerykalizmem", ale za to przy okazji każdego zagranicznego tournee "smutni panowie" pilnowali nas, a potem informowali przełożonych o naszych spotkaniach z Polonusami. Mnie na rozmowy ciągle wzywał wieloletni "opiekun" kapitan Burdziński.
A nie ciekawi Pana, że może nie wszystkich kapusiów ze swojego otoczenia Pan rozpoznał?
- Jeżeli kogoś nie rozpoznałem, to niech on sam się z tego rozliczy przed Bogiem. Kto chce poznać nazwiska swoich kapusiów, niech poznaje. Ja nie muszę.
W 1956 r. został Pan "redaktorem odpowiedzialnym redakcji muzycznej" rozgłośni poznańskiej Polskiego Radia. Takie stanowiska podlegały wówczas bezpośrednio Wydziałowi Informacji i Propagandy KW PZPR i dawano je wyłącznie członkom partii. Pan do PZPR nie należał i dodatkowo "wykazywał klerykalną postawę".
- O tej nominacji zdecydowała moja pozycja artystyczna w polskiej kulturze, poparta dużą sympatią ludzi. A w radiu mnie znano, bo często nadawano koncerty Słowików.
Na Boże Narodzenie w 1945 r. radio na cały kraj transmitowało koncert kolęd w naszym wykonaniu. Spiker zapowiada: "Halo, halo! Polskie Radio Poznań... Śpiewać będzie Chór Chłopięcy i Męski im. doktora Wacława Gieburowskiego pod dyrekcją księdza Stefana Stuligrosza". Moi chłopcy na tego "księdza" zakrztusili się, posypała się melodia "Gdy się Chrystus rodzi", ale realizator dźwięku uratowała sytuację: "Wybaczcie państwo, silne wzruszenie załamało głosy chłopców" (śmiech).
Po Październiku zaczęły się wyjazdy zagraniczne - to przyciągało do chóru.
- Ludzie w Polsce czuli się wtedy jak w klatce - za granicę mogli wyjeżdżać niemal wyłącznie dyplomaci, marynarze, najlepsi sportowcy, niektórzy artyści. Chór stał się oknem na świat dla moich chłopców i dorosłych śpiewaków, a pośrednio dla ich rodzin i przyjaciół.
Przywozili też z tych tournees niedostępne w kraju dobra, dolary...
- ...kawę, bakalie, panowie lepsze alkohole, ortaliony, dżinsy i te dolary, choć były to niewielkie kwoty. I oczywiście po takich powrotach chłopcy odróżniali się ubiorem od rówieśników, budząc pewnie zazdrość. Może też niektórzy trochę zadzierali nosa, ale wtedy szybko sprowadzałem ich na ziemię. Proszę też pamiętać, że oni tymi "dobrami" pomagali swoim rodzinom. Jeżeli więc nawet czasami mogło się zdarzyć, że głównym motywem przyjścia do "Słowików" były te wyjazdy, to w niedługim czasie albo taka osoba się z nami żegnała, albo na pierwszym miejscu stawiała muzykę - bo muzyka była i jest najważniejsza.
Jednak nim puszczono Was na Zachód, pojechaliście na występy do bratniego ZSRR.
- Agencja "Pagart" zorganizowała nam koncerty w Mińsku, Rydze, Leningradzie i Moskwie - wszędzie po dwa występy. Był rok 1958, dwa lata po Poznańskim Czerwcu - obstawili nas więc tajniakami. A myśmy śpiewali pieśni sakralne i świeckie. I wszędzie odnieśliśmy ogromny sukces.
Z Mińska zapamiętałem jedno kilkuminutowe spotkanie. Po koncercie podszedł do mnie pewien człowiek i po polsku, płacząc, nieśmiało powiedział: "Ja dawniej byłem księdzem, a teraz jestem robotnikiem w kołchozie. Żeby was posłuchać, przejechałem na rowerze 80 km...".
W Rydze narobiliście zamieszania.
- Tam przyjmowali nas - oczywiście nieoficjalnie - jako "braci z bohaterskiego Poznania". Naprawdę, ludzie tak się do nas zwracali! A swoimi występami wywołaliśmy taki entuzjazm, że soliści byli noszeni na rękach. Nie podobało to się naszym "opiekunom" i gdy mieliśmy jechać do Leningradu, poinformowano ludzi, że nasz pociąg odjedzie o dziesiątej wieczorem, choć faktycznie mieliśmy wyjechać o ósmej. Po prostu oni nie chcieli, żeby ludzie nas żegnali, żeby manifestowali. Ale nic z tego: Polonusi się o tym dowiedzieli i zmusili nas do... zaśpiewania na peronie. Po powrocie do Polski musiałem się z tego tłumaczyć, a sekretarz partii w Filharmonii zapowiedział, że więcej do ZSRR nie pojedziemy.
Za to w 1961 r. pojechaliście do Paryża, a dwa lata później do USA i Kanady.
- Stany to była zima 1963 r., w Polsce dużo śniegu. W dwa miesiące daliśmy 34 koncerty, a największym przeżyciem było dla nas spotkanie w Białym Domu z prezydentem Johnem Kennedym. Na lotnisku wylądowały helikoptery, kazali nam wejść do ogrodu, wszędzie pełno fotoreporterów. Chłopcy specjalnie ubrali się w kremowe stroje z czarnymi guziczkami, ale było zimno i musieli włożyć płaszcze - byli bardzo zawiedzeni. Zaśpiewaliśmy i potem fotografowaliśmy się z prezydentem. Wszyscy nam w Polsce tych zdjęć zazdrościli, bo Kennedy był u nas niezwykle popularny.
Często Pan mówił, że w PRL władze może Słowikom specjalnie nie przeszkadzały, ale też nie pomagały. Za to pomagały Pańskiemu przyjacielowi z czasów szkolnych Jerzemu Kurczewskiemu, który z błogosławieństwem partii założył konkurencyjny zespół. Kiedyś razem śpiewaliście, jego rodzice pomogli Panu w czasie wojny, przyjaźniliście się. Potem poszliście w różne strony. Dlaczego?
- Każdy ma prawo dokonać własnego wyboru. Jurek po wojnie śpiewał w naszym chórze, ale po pewnym czasie zaczął organizować własny zespół - namawiał moich śpiewaków, żeby przeszli do niego. Pomagali mu urzędnicy z KW PZPR, sam zapisał się do partii. Wtedy nasze drogi się rozeszły - bez żadnych tragedii, wypominań. Władze utworzyły dla niego szkołę chóralną. Mnie też to proponowano, ale się nie zgodziłem, bo bałem się uzależnienia od partii.
Wkrótce melomani w kraju i za granicą nie mogli już się połapać, które Słowiki dla niech śpiewają: Poznańskie, czyli Stuligrosza, czy Polskie, czyli Kurczewskiego.
- Napisałem do Jurka, że nazywanie jego chóru "Polskimi Słowikami" może zrodzić problemy: zbyteczne napięcia, przykre pomyłki. Rzeczywiście, nawet u nas nie wszyscy wiedzieli, że w Poznaniu istnieją dwa chóry o łudząco podobnej nazwie. Dostałem odpowiedź na kartce z zeszytu. Prawdopodobnie pisał to wychowanek Jurka, może Wojtek Krolopp - że ludzie sami już nazywają ich chór Słowikami, więc wszystko jest w porządku.
A może Pan nie mógł znieść, że pod bokiem wyrósł mocny konkurent?
- Nie. Wyznaję zasadę, że każdy ma prawo do odnoszenia sukcesów. Takie prawo miał także konkurencyjny chór. Nie polegało to jednak na szlachetnym współzawodnictwie. Po prostu podszyli się pod naszą uznaną już markę. A władze to akceptowały.
To zamieszanie z nazwami dwa lata temu miało też swój dramatyczny epizod. Dziennikarze dowiedzieli się, że w jednym z poznańskich chórów wykryto przypadki pedofilii, a jeden z policjantów powiedział, że dotyczy to Poznańskich Słowików. Tak też, niestety, napisała "Gazeta". Tymczasem dwaj pedofile byli z chóru Kurczewskiego.
- To był dla mnie szok, ale szybko informacja o moim chórze została zdementowana, a redakcja "Gazety" gorąco przepraszała za tak fatalną pomyłkę.
Niedługo potem został aresztowany Wojciech Krolopp - pedofilię mu udowodniono, został skazany na więzienie. Czy Pan wiedział, co dzieje się w chórze Kurczewskiego?
- To pytanie wielu nurtowało, ale bez oczywistych dowodów nie dotykano Kroloppa. On miał silną obstawę wśród władz. Trudno go było ruszyć.
Ale po 1989 r. już nie miał tej obstawy. Gdy sprawa wyszła na jaw, Marcin Kącki w "Gazecie" ujawnił, że wiele osób wiedziało i nikt nic nie zrobił. Grzech zaniechania popełniły poznańskie władze, intelektualne i artystyczne elity miasta, dziennikarze, rodzice.
- Prężnego organizacyjnie i odnoszącego sukcesy Kroloppa do końca popierali niektórzy przedstawiciele władz. A grzech zaniechania? Może wiele lat wcześniej wyjaśnieniem sprawy, o której się mówiło, powinna była się zająć społeczność szkoły chóralnej. Przypuszczam, że przyczyną milczenia był lęk przed utratą pracy w szkole. Kurczewski, odsunięty od swego chóru na przełomie lat 80. i 90., mówił mi, że z lękiem patrzy na tego, którego wychował.
Tymczasem władze nadal milczały. Kiedy więc sprawa wyszła na jaw, postanowiłem nie wdawać się w żadne dyskusje.
A przecież czekano na zabranie głosu przez taki autorytet jak profesor Stefan Stuligrosz.
- Proszę mnie zrozumieć: po pierwsze, to był etap oskarżeń. Po drugie, świadomość napięć między naszymi chórami mogła sprawić, że ludzie mówiliby: "Stuligrosz się teraz odgrywa". Mogliby mnie posądzić, iż mszczę się na Kroloppie, gdy on nie może się bronić. A deptanie kogoś, kto upadnie, dalekie jest od mych etycznych przekonań.
Tylko że tu chodziło o świadectwo moralne. A poza tym gdy w 2002 r. abp Juliusz Paetz został publicznie oskarżony o molestowanie kleryków, to po dwóch dniach, bez sprawdzenia zasadności tych zarzutów, podpisał Pan list w jego obronie.
- Bo nie jestem pewien, czy popełnił zło. Zresztą tam było podpisanych więcej osób, głównie rektorów poznańskich uczelni. Arcybiskup dotychczas nie został osądzony, nie skazano go, miał odwagę zostać w Poznaniu.
To odwaga czy bezczelność?
- A może pokora i chęć oczyszczenia się z zarzutów w częściowo wrogim mu środowisku? Kto może wniknąć w cudze sumienia... On i ja pochodzimy z poznańskiej Starołęki, tak samo jak moja babcia Franciszka, która ostrzegała: "Od sądzenia jest Pan Bóg, a nie my, grzeszne ludzie".
Ale w Poznaniu był wysłannik papieski, który zebrał kilkadziesiąt świadectw o molestowaniu, zawieziono je Janowi Pawłowi II. Arcybiskup zrezygnował, a tak naprawdę zmuszono go do tego. Czy dzisiaj podpisałby Pan taki list?
- Nie znam otoczonych ścisłą tajemnicą świadectw papieskiego wysłannika. Trudno mi więc odpowiedzieć.
Wracając do skutków sprawy Kroloppa - w Pańskim chórze chłopcy już nie noszą krótkich spodenek. Źle się kojarzyły?
- Już wiele lat wcześniej moja mistrzyni prof. Gercia Konatkowska [uczyła Stuligrosza fortepianu - red.], artystyczna opiekunka naszego chóru, mówiła, że to może "tych" panów podniecać.
Słyszeliśmy, że spadła liczba osób, które chcą śpiewać w chórze Stuligrosza.
- Owszem, jest ich mniej niż kilkanaście lat temu, ale nadal mam wielu chętnych - 31 w tzw. rezerwie i 15 w klasie solfeżu - nauki czytania nut głosem.
O Poznaniu przez wiele lat mówiono, że chórami stoi - chóralistyka była jego wizytówką. Teraz to powiedzenie uległo zwulgaryzowaniu. Jak odzyskać dawną wiarygodność: artystyczną i moralną?
- Tylko pokorą i pracą.
Jakim zespołem są Poznańskie Słowiki?
- Zwartym. Chór tworzą grupy: są starsi śpiewacy, młodsi panowie, którzy chodzą do pubu i podrywają "towar", są grupy chłopców - alty, soprany. Nasze próby są otwarte - przychodzą rodzice, babcie, dziadkowie. I ciekawa rzecz: nie obrażają się, gdy uporczywie upominam ich chłopców.
Czy Słowiki są bardziej zespołem artystycznym, czy szkołą wychowania?
- Uczę chłopców poszanowania Bożych praw, ale bez dewocji. I szacunku do każdego człowieka. Głoszę zasadę, że jesteśmy sobie potrzebni - że chodzi o współzależność, a nie o uzależnienie. I uczę, że każdy czasem popełnia błędy i nigdy nie jest za późno, żeby je naprawić. Ja czasem też się mylę. Babcia Franciszka mawiała: "Człowiek jest stary jak tako krowa, a ciungle uczy się od nowa".
Jest Pan zazdrosny o zespół? Prowadzi Pan chór już ponad 60 lat, ale następcy nie widać.
- Nie widać, ale mam już kogoś na oku. Zazdrosny? Może ja za długo żyję... Ale z drugiej strony jeszcze mam dość energii. Pan Bóg daje mi siłę, jasne spojrzenie. Coś mogę jeszcze zrobić.
Urodził się Pan 26 sierpnia 1920 r.
- W święto Matki Boskiej Częstochowskiej. Ona jest moją patronką. Do niej się modlę: rano za wszystkich bliskich żyjących, a wieczorem za tych, co odeszli.
Dlaczego tak?
- Bo ranek pobudza do działania, zmusza do aktywności, więc myśli się o żywych. A wieczór i sen to jak przedsionek do tego drugiego świata.
Prowadzi Pan chór męsko-chłopięcy, ale to kobiety odegrały szczególną rolę w Pańskim życiu. Czy był Pan maminsynkiem?
- Nie, choć rzeczywiście do matki byłem bardzo przywiązany. Pamiętam nawet, jak wtulałem się w jej fartuch, jak mi śpiewała. Ojciec był chyba trochę zazdrosny o swoją Mariannę i stąd może nie umiał ze mną złapać kontaktu. Moi rodzice byli zwykłymi ludźmi: ojciec - pochodził spod Gniezna - był urzędnikiem na poczcie, matka - ze Starołęki - zajmowała się domem. Oboje ciężko pracowali.
Powoływał się Pan też w naszej rozmowie na babcię Franciszkę.
- Bo to była niezwykła, choć bardzo prosta kobieta. Gdy się urodziłem, już była podwójną wdową. Jej pierwszy mąż, Wojciech, dźwignął kiedyś dla zabawy duży kamień, coś mu w środku pękło, krew rzuciła się z ust i umarł. Potem wyswatano ją ze starszym o 30 lat jurnym gospodarzem Marcinem. Proszę sobie wyobrazić, że babcia była młodsza od swojej pasierbicy o dwa lata. Nic więc dziwnego, że często śpiewała: Rada, nie rada wyszłam za dziada./ Co ja będę robiła?/ Na tym dziadu same kości,/ Żal mi tylko mej młodości./ Będę dziada woziła.
I to śpiewanie, takim surowym głosem, pamiętam do dzisiaj. A babcia miała bogaty repertuar: od religijnego po bardzo frywolny. Kiedyś podczas dożynek zaśpiewała takiemu młodemu kawalerowi: Ożeń że się ożeń,/ jak Ci stoi korzeń,/ jak Ci korzeń wisi,/ nie porywaj że się. Patrzyłem w nią jak w obraz, bo ludzie bardzo ją szanowali. Przychodzili do niej często po radę.
Nie lubiła, jak ludzie plotkowali. Wtedy mówiła: "Jak żeście nie widzieli, to pierdół mi tu nie znoście! Od sądzenia jest Pan Bóg!". Tego się od niej nauczyłem. I pamiętam też jej zapach - na co dzień pachniała selerem, porami i cebulą, bo pracowała w polu przy warzywach, a w niedziele i święta, jak się w nią wtuliłem, czułem zapach jabłek - swoje odświętne odzienie trzymała w komodzie i skrzyni, do których wkładała dojrzewające jabłka.
Matka, babcia Franciszka, a potem żona Barbara...
- ...ale jeszcze wcześniej była Zosia.
Zosia?! Nigdy Pan wcześniej publicznie o niej nie wspominał.
- No tak, bo nie chciałem robić jej przykrości. Była w moim wieku, a działo się to podczas okupacji. Pracowałem wtedy z niedobitkami chóru ks. Gieburowskiego. Próby zajmowały mi dwa wieczory w tygodniu, a pięć poświęcałem Zosi. Ona pracowała w Foto Centrale, trochę sepleniła, ale bardzo ją kochałem. Była zazdrosna o ten chór - żaliła się, że nie poświęcam jej wszystkich wieczorów.
Któregoś popołudnia siedzieliśmy z ojcem nad rosołem z koniny. Matka podała mi list od Zosi. Czytam ten list i cały martwieję - Zosia każe mi wybierać: albo ona, albo chór. Zaczynam płakać, a kapiące łzy jeszcze bardziej dosalają ten koński rosół. Wtedy ojciec wyrwał mi list, przeczytał go i powiedział: "Ona zatruje ci życie! Wojna kiedyś się skończy, będziesz chciał się dalej uczyć, zajmować muzyką. A ona ci na to nie pozwoli! Bądź rozsądny, nie odpisuj!". I nie odpisałem. Nasze spotkania stały się coraz rzadsze.
Po wojnie Zosia napisała drugi list. Ale też nie odpisałem - koło niej kręcił się jakiś inny chłopak, a ja miałem już na oku Barbarkę.
Ojciec za Pana zdecydował?!
- Nie, tylko wypowiedział to, o czym sam myślałem.
W swojej autobiografii "Piórkiem Słowika" wspomina Pan, że ojciec budził w Panu lęk i ciężko Wam się było porozumieć. Wymusił też na Panu pójście do terminu kupieckiego, mimo że nawet gimnazjalni nauczyciele namawiali go, żeby pozwolił Panu kształcić się muzycznie.
- Przed wojną w Poznaniu muzykom nie wiodło się najlepiej. Była opera, ale przeżywała kryzys - pracownicy dorabiali chałturami. Ojciec nie chciał, żebym grał po knajpach albo był organistą. Chciał dla mnie czegoś lepszego, np. żebym został kupcem.
Ma Pan dobre, kupieckie nazwisko...
- Tak (śmiech). Potrafiłem się również ładnie uśmiechać i byłem uprzejmy. Ale tak poważnie: ojciec jako urzędnik pocztowy zarabiał w 1937 r. 360 zł miesięcznie - to była niezła pensja. Ale bywało tak, że do domu przynosił... 80. Często żyrował cudze pożyczki i potem musiał je spłacać. Jak tu za taką kwotę utrzymać sześcioosobową rodzinę? I co ciekawe, matka nie miała do niego żalu, tylko starała się mu pomóc. Otworzyła zakład: pralnia, prasowalnia, prężenie firan. Nad drzwiami wisiała reklama, którą dzisiaj można nieco inaczej interpretować: "Tu się usztywnia męskie przodki" (śmiech).
Ciągle Pan ojca usprawiedliwia.
- Nie, ja staram się, żebyście państwo zrozumieli tę jego nieufność.
A kiedy Pan ją zrozumiał? I kiedy ojciec zrozumiał Pana?
- To było krótko po wojnie. W czasie wakacji zabrałem chór na kolonie. Pewnego dnia przyjechał tam ojciec. Przypatrywał się, jak cały dzień zajmuję się chłopcami, i wieczorem bardzo pokornie - co mnie uderzyło - poprosił o rozmowę. I gdy szliśmy nad rzeką, za wszystko przeprosił: że mnie źle oceniał; że nie myślał, że mam talent muzyczny; prosił, żebym go zrozumiał: że chciał dla mnie lepszego życia, a bał się, że ta muzyka mnie zniszczy.
I co mu Pan powiedział?
- Że nie mam do niego żalu. I może dzięki temu, że muzyka była dla mnie przez wiele lat zakazanym owocem, to tym bardziej jej pożądałem.
Najważniejszą osobą w Pana życiu była żona Barbara.
- Czasami myślę o swoim odejściu i wtedy marzę, aby było ono tak pogodne i ufne jak mojej Barbarki. Dzień przed śmiercią - zmarła 18 listopada 1999 r. - dziękowała mi za nasze wspólne życie, które było pełne codziennego sensu, miłości.
Barbarka zajęła się wychowaniem naszych córek, domem, mną, chórem, gdzie nazywano ją matką. Była farmaceutką, mogła zrobić karierę, ale zrezygnowała z tego. I nigdy nie okazywała żalu z tego powodu.
A może tłumiła to w sobie?
- Może... Chociaż ona raczej cieszyła się, że może mi pomóc, stwarzać warunki do pracy i wychowania dzieci. Dzięki temu nasza rodzina zawsze była jednością, co nazywaliśmy "naszym nonsensem matematycznym".
Nonsensem?
- No bo zobaczcie państwo: jeden i jeden jest dwa, ale u nas od początku małżeństwa było... jeden. A gdy pojawiły się córki: jeden i jeden plus trzy też było jeden. Jeżeli rodzina ma być szczęśliwa i trwała, musi być jednością.
Rozmawia Pan z żoną?
- Codziennie się za nią modlę i codziennie proszę: "Bądź ze mną, trwaj przy mnie".
Boi się Pan czegoś?
- Niczego. Teraz już niczego.
Rozmawiali
JOLANTA BRÓZDA I DARIUSZ JAWORSKI
|
Źródło: Internetowe Archiwum Gazety Wyborczej
Gazeta Wyborcza nr 299, wydanie waw z dnia 24/12/2005 - 26/12/2005 ŚWIĄTECZNA, str. 22
|
|