Szkoła : Opracowania
<< wróć
My z MARCINKA - matura 1951
PO DRODZE BYŁY GOLE oraz SŁÓW KILKA O BIOGRAMACH

M O I    K O L E D Z Y
Słów kilka o biogramach.

Miły Czytelniku, jeśli czytając naszą publikację, dotarłeś do jej ostatniej części, dowiedz się teraz, jak doszło do jej powstania , a także - jakie były nasze losy po maturze.
Napisał do mnie stary komediant, śpiewak, reżyser, kompozytor i literat w jednej osobie - Henio Żuchowski: "Ubywa kolegów z naszego rocznika maturalnego, zbliża się 85-lecie "Marcinka". Rzucił wezwanie, by coś zrobić, może udokumentować nasze losy?"
Podjąłem się tego zadania. W celu uzyskania potrzebnych danych ułożyłem kwestionariusz ankiety. Potem spotkałem się z Mietkiem Fęglerskim - posiadaczem adresów wielu kolegów. Doszliśmy do wniosku, że publikacja nie może się ograniczyć tylko do biogramów. Zaprosiliśmy do współpracy Włodzimierza Branieckiego(kierownictwo literackie), Andrzeja Jeziorkowskiego(strona graficzna publikacji) i Lecha Trzeciakowskiego(wstęp historyczny). Mietek Fęglerski podjął temat "sport w "Marcinku", ja zabrałem się do wspomnianych biogramów we współpracy z Romualdem Połczyńskim i w końcowej fazie Mietkiem Fęglerskim. Włodek Braniecki stał się "spiritus movens" pracy nad publikacją. Jego energia, pomysły i doświadczenie pisarskie i edytorskie wpłynęły na tempo prac, ścisłe określenie zadań. Zwróciliśmy się do niektórych kolegów o napisanie wspomnień. Na moje ankiety jedni koledzy odpowiedzieli szybko, innych trzeba było zachęcać telefonicznie lub kilkakrotnie wysyłać ankiety. Udało mi się dotrzeć(nie bez kłopotów) do rodzin zmarłych kolegów. Koniecznym okazał się kontakt z archiwum: uniwersytetu, politechniki, kuratorium, archidiecezji poznańskiej. Ostatecznie nie dotarłem do siedmiu kolegów (oprócz tych, którzy odmówili odpowiedzi). Przy pisaniu biogramów pojawiły się nowe trudności. Przeobfitość informacji w niektórych ankietach, nieczytelne fragmenty innych, zbyt późno nadesłane ankiety.
Spośród nas jeden nie dostał się na studia, jeden ich nie ukończył.. Największą grupę stanowią inżynierowie(43),dalej medycy(14). Są wśród nas rolnicy i ogrodnicy, fizycy i chemicy, biolog, górnik, geolodzy, farmaceuta, weterynarz, matematyk - to zawody o podbudowie matematyczno-przyrodniczej, które przeważają. Są też humaniści filolodzy,historycy, muzycy i muzykologowie, duchowny, aktor,plastyk, wreszcie wu-efiści i wojskowy. I co ciekawe:są także dwaj inżynierowie-prawnicy, filolog-ekonomista, inżynier-poeta, muzyk-marynarz(radiooficer).Pełno wśród nas naukowców: ośmiu doktorów, trzech docentów i piętnastu profesorów.

"Karabin" i " Julo".

      Czytanie ankiet, oglądanie zdjęć i układanie biogramów ożywiło pamięć. Przypominają się koledzy, niektóre wydarzenia, atmosfera szkoły. Nawet sposób zachowania tych czy innych kolegów n.p.: pełną powagi minę tłumaczącego coś " Baczusia"(Baczyńskiego) lub śmiejącą się serdecznie twarz Sarrazina. Przy jego czarnej czuprynie i takiej oprawie oczu, cienkich, złotych okularkach efekt był doskonały nawet dla przechodzącego obok korytarzem. Tak go zapamiętałem.
      Miałem to szczęście, że przyszedłem do "Marcinka" w lutym 1946r.(drugie półrocze). Utrwalił mi się w pamięci następujący obraz. Gromada uczniów z różnych klas wchodzi na teren szkoły z ul. Bukowskiej(wejść do szkoły od ul. Grunwaldzkiej można było tylko przez boisko).Nagle pojawia się " Karabin" (prof. Navratil).Od razu robi się wolne przejście, ktoś biegnie naprzód i otwiera drzwi. Znikają czapki z głów, wszyscy się kłaniają. "Karabin" jak dowódca wyższego szczebla sunie do drzwi, dotykając prawą dłonią daszka swej narciarki. Z prof. Navratilem wiążą się też dwa nieprzyjemne dla mnie momenty. Na lekcji z kol. Zawidzkim(odszedł później z liceum) przedstawiamy się jako nowi uczniowie." Karabin "pyta do jakiego gimnazjum chodziliśmy poprzednio. Zawidzki chodził do handlówki. Ja mówię,że nie chodziłem do żadnego.Na to " Karabin":"To gdzieś gęsi pasał?" Niedługo potem kartkówka. Nie byłem jeszcze w "Marcinku", jak to koledzy przerabiali. Mam więc opisać swoje wrażenia z nowej dla mnie szkoły. Piszę i tu klops! Napisałem bowiem:"Orzywiły się korytarze"...Na następnej lekcji dostaję kartkę. "Karabin" doczytał tylko do ortograficznego błędu, podkreślił go i postawił mi gola. Dalej nie czytał! Gdy opowiadałem to czasem moim uczniom-nie chcieli wierzyć! Profesor, kiedy był zły mawiał: "Duhnie, kretyny, repetycja"! Przy omawianiu "Pana Tadeusza"-jak Telimena wspomina księcia Sukina ,"Karabin" skomentował:"Pewno sukinsyna".
Widziałem się niedawno z Jasiem Załubskim. Lekko przygarbiony, mówiący z przejęciem i żywą serdecznością.Przypomniał wydarzenie związane z drugim polonistą prof. Julianem Dąbrową czyli "Julem". Pewnego razu profesor zapowiedział klasówkę:"Obywatele będą pisać, a on będzie pilnował i popijał piwko".Na pewno się zdziwił przychodząc na klasówkę, bo zastał na stole kufel z piwem. Konsekwencji nie wyciągnął, ale "konie" z prac były. Pamiętam: ryczał tak, że wrzaski kaprali w wojsku nie robiły na mnie wrażenia. Lekcje gramatyki u " Jula" to był horror. Można było dostać i trzy gole na jednej godzinie."Julo" zadawał pytanie i "jechał" wzdłuż listy tak długo aż ktoś odpowiedział. Oczywiście po drodze były gole. Następne pytanie i następna kolejka.

Korepetytorzy.

Muszę jeszcze wspomnieć moich dwóch-nie żyjących już-korepetytorów z matematyki.Pierwszy to Przemek Zbijewski. Mieszkał przy ul. Promienistej, więc niedaleko od mojej Płowieckiej. Zaczesane do góry rudawe włosy, blada twarz, ciemne ,bystre oczy, cichy głos. Prawdę napisał o nim Żuchowski, że Przemek znał lepiej matematykę niż prof. Załęska. Czytając dokumenty z jego teczki w archiwum uniwersytetu, zamyśliłem się i ogarnął mnie żal. Opinia dziekana oparta na ocenach profesorów, którzy zetknęli się z Przemkiem na egzaminach i nie tylko była jednoznaczna. Tak uzdolnionego, pracowitego, pełnego inicjatyw - studenta- członka koła naukowego, asystenta nie było na wydziale od lat. Wróżono mu wielką przyszłość w nauce...I zginął w Tatrach. Niezbadane są wyroki Boże.Nie dziwię się, że moje nieuctwo matematyczne zdenerwowało go tak, że wolał zrezygnować z niewielkiego zresztą zarobku i mnie wyrzucił.
Drugim moim korepetytorem był "Szweja"- Piotr Szweykowski. Syn znanego profesora polonisty, szczupły, wyższy ode mnie ,blondyn. Był miłośnikiem muzyki poważnej, grał na okarynie. Urządzał koncerty z płyt, w których brał udział Piechowski-obecnie profesor psychologii w USA. Piotr w czasie wakacji z ekipą etnografów UAM-u zbierał w terenie pieśni ludowe. Jedną z nich(hymn ekipy etnografów) propagował w szkole:
"Mojemu tacie ukradli gacie złodzieje,
a w cóż się tata na stare lata odzieje."
Miałem nietypowego korepetytora! To, że zdałem maturę z matmy jego zasługa!

Na koloniach.

Miłe mam wspomnienia z kontaktów z Marianem Elbanowskim, nie wiem dlaczego, zwanym Maruszkiem. Bliżej zetknęliśmy się na koloniach po dziesiątej klasie. I po maturze.Na tej drugiej kolonii kierownikiem był stary "Charon", ojciec naszego Charona(Charońskiego), a Wojtek Kłos były(wtedy) szef hufca SP- wychowawcą. Była nas spora gromadka sześć czy siedem osób. Nie pamiętam wszystkich. Wiem, że byli: Charon, Maniuś Krawczyński, Dębol(Dębski),Wojciechowski, Maruszek, jeden z Paderka(Paderewskiego) i ja.Mieliśmy luz i robiliśmy, co chcieliśmy, bo stary "Charon" traktował nas jako absolwentów. Tam właśnie podciągnąłem się w grze w szachy dzięki wielu rozegranym partiom z Wojciechowskim i Dębolem. Kolonię odwiedziła prof. Zofia Załęska. Była zdegustowana naszym nie goleniem się. Pamiętam, że w liceum zarządzała składki na żyletki dla nieogolonych. Zawsze ktoś podpadł.
Dalsze spotkania z Maruszkiem n.p.: siatkówka Nad Wierzbakiem były rzadkie ale miłe i serdeczne. Ankietę do biogramu przesłał szybko, interesował się jak przebiega praca nad publikacją...Szkoda, że Go już nie ma.

      Najbardziej znanym chemikiem w szkole był Wojciechowski. Okularnik z zaczesanymi do góry włosami, które często odgarniał ręką, by nie spadały na oczy. Mówił szybko, grał dobrze w szachy. Takich patałachów jak ja rozkładał błyskawicznie. Miał on pracownię chemiczną w komórce obok schodów w kamienicy, w której mieszkał. Pewnego razu omal nie wysadził chałupy w powietrze. Drugim dobrym szachistą był Dębol(Dębski). Wysoki, szczupły blondyn mówiący wolno i dobitnie. Raczej małomówny. Został architektem, specjalistą od gospodarki przestrzennej. Uzyskał docenturę, dokształcając się stale ukończył prawo. Niestety-obaj już nie żyją.

"Belfry"

      Pamiętam,że w pierwszych latach pobytu w liceum uczyła nas chemii przystojna(jak dziś oceniam) starszawa pani nomen omen Śliwińska. Niezła to była "siekierka". Sam musiałem zdawać, by uchronić się przed dwójką. Chłopaki mieli do mnie pretensje, że to pewnie krewna a taka wymagająca. Jeszcze gorszą "piłą" i w dodatku niesympatyczną była fizyczka po mężu Małecka.Niska, szczupła blondynka. Pamiętam pewne zdarzenie z nią związane. Było to w klasie na parterze. Przez okno widziałem górną deskę bramki do piłki ręcznej. Znudzony patrzę w okno i widzę atak sunący na bramkę pod oknem. Strzał! Jest gol? Nie widzę, wstaję z ławki. Nie ma, chcę siadać a tu: Śliwiński, do tablicy. Idę a na tablicy rysunek aneroidu. Na szczęście umiałem. Inny fizyk - prof.Staś- późniejszy pracownik UAM-u był powszechnie lubiany za swoją wesołość i życzliwość wobec uczniów, choć wcale nam nie pobłażał.
      Przypominają mi się także prefekci. Ksiądz Marcinkowski boksował nas w ramię i mówił:"Ty gałganie" lub " A ty tego jeszcze nie umiesz?"(pisze o tym A. Łukaszewicz).Drugi prefekt ksiądz Kruppik na początku lekcji kazał otwierać okna i wykonywać głębokie oddechy. Gdy wbrew tradycji dyrektor przyszedł na lekcję religii,prefekt powrócił do tematu poprzedniej lekcji rysując na tablicy i tłumacząc rolę litery jota w piśmie hebrajskim.
      W szkole był chór kierowany przez prof. Broniewskiego. Przypadkowo dostałe m się do niego, ale bardzo szybko go opuściłem.

Henio - artysta.

Nie brakowało w liceum koncertów umuzykalniających, akademii, występów. W tej działalności kulturalnej wielką rolę odgrywał początkujący aktor, kompozytor(poznałem Zmoyszczankę, dla której napisał dwa utwory)- Henio Żuchowski. Organizator i kierownik dwóch kolejnych kwartetów. Wysoki, z bujną czupryną, która mu przeszkadzała podczas gier zespołowych. Mieszkał niedaleko mnie na ul. Sowińskiego. Miał własny pokój! Wąski, nie za długi. Z okna jego pokoju widać było ul.Słoneczną aż do ul. Grunwaldzkiej. W czasach gospodarki lokalami- własny pokój! Posiadał prawie komplet dzieł Żeromskiego. I ja zacząłem gromadzić książki tego pisarza." Wycyganiłem" od niego zbiór pocztówekz reprodukcjami malarstwa historycznego. Wykorzystywałem je później jako nauczyciel. Henio, dopóki nie miał własnego pianina, przychodził do mnie codziennie ranio i podczas, gdy jadłem śniadanie on grał na pianinie ciotki. Potem razem ruszaliśmy do szkoły. W liceum chyba przez dwa lata siedzieliśmy w jednej ławce. Pomagaliśmy sobie. Gdy trzeba było coś zapisać nutami-to była robota dla niego. Klasówki angielskie pisałem dwie, a właściwie trzy, bo jeszcze dlaRybczyńskiego w rzędzie obok .Jednego razu przeżyliśmy stres, bo Rybczyński zostawił kartkę ode mnie w zeszycie do prac klasowych. Na szczęście włożył ją na koniec zeszytu i prof. Duczkowa nic nie zauważyła. Musiała jednak coś wyczuwać, bo na klasówkę byłem posadzony do ostatniej ławki, z pustką wokół siebie. Mam wiele książek pióra Żuchowskiego, stale ze sobą korespondujemy.
      I gdy jest w Poznaniu-spotykamy się.

Hartuj ciało jak stal!

      W naszej szkole sport rozwijał się doskonale. Przodującą klasą w tej dziedzinie była klasa "francuska"(późniejsza 11"c").Grupce koszykarzy tej klasy przewodziły dwa dryblasy: Mietek Fęglerski z gęstą falą ciemnych włosów i "Haguś"(Wiktor Haglauer) późniejszy wuefista w naszym liceum. Koszykarze stanowili jądro drużyny koszykówki KKS Kolejarz- mistrza Polski. Drugą silną grupą byli wioślarze, sternicy: Doniu Wojtkowiak i " Kajtek"-Kazio Rok i cała osada łodzi w klubie wioślarskim 04. Każda klasa miała swoją reprezentację w siatkówce i koszykówce, bo odbywały co roku mistrzowstwa szkoły w tych grach zespołowych..W naszej klasie reprezentacja w siatkówkę obejmowała:Henia Rajewicza, Andrzeja Ziemiańskiego, Nadratowskiego,Witka Dziamskiego, Jacka Libickiego i mnie.Najbardziej czynny sportowo był Henio Rajewicz.Silnie zbudowany-pchał kulą z dużą wprawą.Biegał jako sprinter. Posiadał także ładny głos, więc znalazł się w kwartecie Żuchowskiego. Miał w sobie coś z przywódcy- wybierany przewodniczącym klasy. Przypomniał zdarzenie związane z "Pyrolem"(prof.Pertkiem) i Jasiem K. Wezwany do odpowiedzi Jasio-mimo pomocy kolegów- nie potrafił odmienić przez przypadki słowa "puer". Wtedy "Pyrol" rzekł:" Dzieci ci będą obiad do szkoły nosić, a ty będziesz ławkę gniótł, a gniótł. "Reszta drużyny to: Andrzejek Ziemiański często uśmiechnięty. Zawsze życzliwy, uprzejmy, skromny. Dziś ceniony profesor medycyny. Nadratowski o bladej twarzy, zaczesanych do góry włosach ,ciemnych oczach, nerwowy, skryty

      Chodził w białych bryczesach i wysokich butach. Pamiętam- na wycieczce powieszono mu te buty wysoko na sękach. Jacuś Libicki- prawie mój sąsiad. Mieszkał na ul. Grunwaldzkiej za kościołem, blisko ul. Palacza. Bywaliśmy u siebie. Sympatyczny, miły kolega. Dziś szef wielkiej firmy, ekspert ONZ od kopalń odkrywkowych, ich odwadniania, ochrony środowiska; honorowy konsul Francji. Zapamiętałem pewne wydarzenie. Biolog-prof. .Seelieb miał zwyczaj na zakończenie pytania mówić:" Siadaj sobie ,dziecko"i jednocześnie otwartą dłónią z góry uderzał ucznia w ciemię sadzając go w ławce. Gdy zrobił to z Libickim- Jacuś upadł na podłogę. Do dziś nie wiem, czy był to prawdziwy upadek, czy udany. Witek Dziamski- wysportowana sylwetka, krótko przycięte włosy. Mistrz Polski juniorów w sprincie.

Czwórka.

      Do naszej klasy chodziły dwa " Sikory"(bracia Sikorscy).Młody-Leszek i stary- Jerzy. Lechu tryskał humorem. Należał do sympatycznej Czwórki, którą stanowili:Lechu Sikorski, Miecio Kujawski, Benio Czub i piszący te słowa. Lech skończył germanistykę, opracował słownik polsko-szwedzki; zmarł- nie dokończywszy doktoratu. Stary Sikor poważny, opanowany, dziś ceniony chirurg.Reszta naszej czwórki: Mietek Kujawski z głową pełną blond loków - inżynier; niestety...nie żyje. Beniu Czub po dziesiątej klasie musiał opuścić liceum, bo jego ojciec po wojnie nie wrócił z Anglii. Też nie żyje.

W jedenastej klasie.

      Na polecenie władz-dyrekcja szkoły utworzyła klasę pedagogiczną. Wyznaczono do niej uczniów z różnych klas. Mieliśmy jako nauczyciele obowiązkowo przepracować jeden rok. Tymczasem po ukończeniu kursu pedagogicznego otrzymaliśmy nakazy pracy. Trzy razy w tgodniu chodziliśmy do Liceum Pedagogicznego Nr 1 na dodatkowe zajęcia. Odpadła nam łacina, religia i chyba język obcy. Z dawnej jedenastej "d" zostali Surdyk, Tomawski, Trzeciakowski i ja. Doszli : Majcher, Jeran, Rok, Nowakowski, Ciesielczak,Zenkteler, Cybichowski, Jarzemski...innych nie pamiętam. Zbliżyliśmy się z Leopoldem Cybichowskim-będąc prawie sąsiadami. Wspólnie powtarzaliśmy materiał do matury. Po maturze i odbyciu służby wojskowej odwiedzaliśmy się. Leopold pomagał mi w załatwieniu formalności po śmierci mojej babci( rodzice moi już wtedy nie żyli).Robiliśmy jakby współzawodnictwo w odwiedzaniu wystaw, żłóbków na Boże Narodzenie, Grobów Pańskich przed Wielkanocą. Leopold jest ojcem chrzestnym mojego syna. Zawsze życzliwy i chętny do pomocy.

* * *

      Kończąc , dziękuję wszystkim Kolegom za wspólnie przeżyte lata,za informacje w ankietach jako podstawę do napisania biogramów i wspomnień. Opisałem niektórych z Was tak, jak zapamiętałem.
      Dziękuję Rodzinom Zmarłych Kolegów za uzyskane informacje.
      Wyrażam wdzięczność Kolegom: Romualdowi Połczyńskiemu i Mieczysławowi Fęglerskiemu za wszechstronną pomoc w powstaniu tego opracowania.
      Mojej Żonie bardzo dziękuję za cierpliwość.
Tomasz Śliwiński
zobacz zdjęcia do tego rozdziału (2kB)